RSS
poniedziałek, 07 marca 2011
O ludzkiej psychice

Kiedy zaczynałem pisać ten blog, na jego nazwę wybrałem standucha, zaś za swój nick - refleksjaducha, miały służyć temu, by było konspiracyjnie i tajemniczo. Dziś wiem, że były to wybory poniekąd... prorocze. Wówczas byłem w pełni sił i rozkwitu radości. Moim zmartwieniem było to, że nie spodobałem się tej czy tamtej panience. Wystarczyło jednak trochę czasu, bym zrozumiał, co naprawdę może być refleksją ducha, a co jego stanem, kiepskim stanem dodajmy.

Kiedy rzeczywistość zaczyna cię przytłaczać, a problemy zaczynają spadać, jak deszcz, nawet nie wiesz, jak bardzo szybko z radosnego, roześmianego, pełnego optymizmu człowieka, możesz stać się frustratem, człowiekiem słabym, który nie radzi sobie z najprostszymi problemami. Chociaż to może problemy nie są najprostsze?

W grudniu ub. roku na własną prośbę zwolniłem się z pracy. Wcześniej zostalem medialnie zaatakowany przed jeden duży tytuł prasowy. Cóż z tego, że kompletnie nie mieli racji, cóż z tego, że kłamali i przekręcali fakty, ba napisali kompletne bzdury - dzisiaj nawet nie mam jeszcze siły, by z nimi walczyć w sądzie. Rozbli mi psychikę niczym uderzając ciężkim kamieniem w strutą głowę. Potem jeszcze ktoś mnie pozwał przed sąd, za to, że... ktoś inny go rzekomo obraził (chociaż na mój gust nie obraził). Moja odpowiedzialność miała polegać teoretycznie na tym, że ja zezwoliłem na publikację. Sęk w tym, że mam dowód na to, że kto inny wydał polecenie publikacji, a ja nie miałem z tym praktycznie nic do czynienia, no może poza tym, że sprzeciwiałem się, by opublikować wspomniany tekst w takiej wersji, jak to poszło.

To trzy najpoważniejsze sprawy z kilku, które jeszcze wydarzyły się na przełomie 2010 i 2011 roku. Skończyło się na myślach samobójczych, wizycie u psychologa, leczeniu ziołami, uprawianiem jogi, intensywniejszych niż dotąd ćwiczeniach fizycznych i szukaniu sensu życia. Niemniej jednak dochodzę do wniosku smutnego skądinąd, że większość rzeczy, które dotyczą moich traumatycznych przeżyć związana jest z poprzednią pracą. Niestety.

piątek, 30 kwietnia 2010
Nie chcę kota!

Odkrywam zalety facebooka. Ze smutkiem przyglądam się temu, że coraz więcej osób rezygnuje z Naszej Klasy. Niegdysiejsza idea odnajdywania dawnych przyjaciół z czasem została zepsuta przez nachalną komercję.  Ja rozumiem, że każdy chce zarabiać. Właściciele portalu również, ale epatowanie koniecznością płatności niemal za każdą usługę musiało się skończyć  źle. Tak samo, jak nie wierzę, że przyjmie się zasada płatności za teksty w Internecie. Niedawno konieczność wpłat wprowadziła „Rzeczpospolita”. Niektóre media błędnie podają, że to pierwsza gazeta w Polsce. Bzdura! Pierwszą gazetą (przynajmniej wedle mojej wiedzy, ale za nieomylność nie gwarantuję) był krakowski „Dziennik Polski”.  Światowym prekursorem podobno był The New York Time. Niestety, chociażby wydawcy chcieli obostrzyć swoje publikację nawet największą zapora, i tak zostaną wyparci przez twórców portali. Informacja staje się bezpłatna. Bardzo poważnie rozrasta się grono dziennikarzy obywatelskich. Jakość ich publikacji budzi wiele zastrzeżeń, chociaż czasami zaskakują świeżością. Jednak gdyby przyszło im codziennie zdobywać świeże informacje i popracować w terenie, tak prosto by nie było. Ale zacząłem od facebooka, więc pora przejść do rzeczy.

Z początku drażniło mnie to narzędzie. Zresztą do tej pory nie wiem na czym polega działanie wielu funkcji umieszczonych w tym portalu. Ale jest tam coś takiego, jak możliwość przyłączania się do pewnych grup. Bardzo spodobała mi się grupa „Nie chcę aby Pierwsza Dama była kotem”. Wszyscy wiedzą, o co chodzi! Naprawdę nie chcę. W jednym z następnych wpisów piszę co na ten temat sądzi mój kolega.

Kiedyś na samym początku pisania tego bloga musiałem napisać, o czym będzie. I napisałem, że m.in. o filmie. Do tej pory nie miałem okazji. Wczoraj na HBO obejrzałem film Agnieszki Holland „Janosik. Prawdziwa historia”. I powiem tak, trudno oglądać ten film, kiedy zna się wersje z Perepeczką. Film brutalny, epatujący krwią. Za dużo fajerwerków (najbardziej zabawny, kiedy Janosik fruwa nad górami). Obcowanie mistyczne z Najświętszą Marią Panną i rozmowa z Jezusem to też przegięcie. Cieszę się, że nie poszedłem na ten film do kina (chociaż miałem taki zamiar), bo żałowałbym 16 zł wydanych na bilet. I dobrze, że nie poszedłem z jakąś koleżanką, bo mogła by wyjść stamtąd mocno zniesmaczona. Kiedyś palnąłem podobną głupotę, kiedy zabrałem 18-letnią wówczas dziewczynę na film „Edi”, jakże gorąco propagowany w mediach.

Mam taki zwyczaj, że w filmach wyłuskuję takie cytaty, które można zabrać ze sobą na dalszą drogę życia. I znalazłem w tym filmie takie dwa: „Żeby coś otrzymać, musisz najpierw tego bardzo nie chcieć. Jeżeli czegoś bardzo pragniesz, diabeł nad tym trzyma pieczę” oraz drugi „Kto po kim wypije, ten pozna jego myśli”. Ładne, prawda?

 

środa, 21 kwietnia 2010
Pean dla Jarosława

Od kilku lat TVP nazywa się TVPiS. I słusznie. Od kilku miesięcy emitowany jest program "Z refleksem". Takiej propagandowej tuby PiS, jak tam nie widziałem od dawna. Potrafią nawet niecnie wykorzystywać śmierć prezydenta RP pana Lecha Kaczyńskiego. Pomijam błędy warsztatowe. Na dzień dobry dziennikarka Joanna Lichocka przestawiając swojego gościa jakby zapomniała, że prezydent już jakiś czas nie żyje i przedstawiła swego gościa: "Pan doktor, doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego" Po chwili krząknięcie "Świętej Pamięci Prezydenta!".

Jarosław Marek Rymkiewicz - poeta współczesny. Poeta, który z racji swego nazwiska wziął się chyba za kreślenie rymów. Najpierw list pod adresem PO, która tak bardzo przecież nienawidziła kochanego pana prezydenta. Pomylenie faktów, bo chrzanił w tej wypowiedzi coś o małym prezydencie i małym zamachu. A chodziło mu o wypowiedź: "Jaka wizyta, taki zamach", z której zresztą Bronisław Komorowski tłumaczył się gęsto. Oczywiście został zaatakowany Sikorski za "dożynanie watah". Ale ten list spisiałego człowieka mógłbym zrozumieć.

Ku mojemu zdziwieniu na końcu dziennikarka (?) przeczytała wiersz do Jarosława Kaczyńskiego. Rymkiewiczowskie rymy były raczej rymami częstochowskim. Kończ Waść, wstydu oszczędź! Ale pamiętaj Jarosławie (Kaczyński) Polska Cię potrzebuję i bez Ciebie pewnie wszyscy zginiemy, a nasz kraj zostanie rozsprzedany i rozdziobią nas kruki, wrony. Aż chciałoby się wystukać na klawiaturze jeszcze jeden gatunek ptactwa.

 

Smak kawy mnie budzi?

Nie, nie budzi mnie smak kawy. Nawet nie przepadam za nim specjalnie. Jestem zdeklarowanym miłośnikiem herbaty. Jednak są dni, kiedy ciśnienie spada nieubłaganie, albo jak mówi Jarek Kuźniar z TVN24 "dziś nie ma ciśnienia".

Siedzę przed monitorem i rozwiązuje kolejne zagadki, które są niezbędne do tego, by moja praca była efektywna i efektywna. Siedzę i wymyślam, tak aby było dobrze. Jak tu jednak pracować, kiedy głowa spada na dół i najchętniej poszedłbym położyć się spać? Przecież tak nie może być. Więc zaparzyłem sobie nielubianą przez siebie kawę, stoi na moim biurku i zapewnia mi aromat, który ma w sobie kofeinę i chociaż na chwilę pobudza. Jakoś jednak nie ma siły, aby móc mnie postawić na równe nogi. Ale i tak jest lepiej niż było.

Zadzwoniłem do Asi. Nie odebrała telefonu. Może gotuje obiad? Może robi coś ważnego? Może jest w bibliotece. Mam nadzieję, że napisze sms i dowiem się czemu nie odbiera, a może po prostu nie chce? A jednak chce! Kiedy pisałem te słowa wysłała sms. Zadzwoniłem. Jest smutna. Po ostatnim incydencie, widać, że straciła do mnie dużo zaufania. Więc nie tak łatwo będzie, by mi się zwierzyła. Ale powolutku i do przodu do tego dojdę.

Asia wyjedzie na dwa tygodnie do Szwajcarii. Potem przyjedzie z nią jej chłopak. On ma być w kraju przez dwa tygodnie.  I zobaczymy, co będzie dalej? Jak to wszystko się rozwinie? Jakie będzie moje miejsce w jej życiu? I czy w ogóle będzie?

Za tydzień gala, która miała odbyć się w dniu, w którym zginął prezydent RP. Wybieram się na nią. Prawdopodobnie będzie mi towarzyszyć dziewczyna, którą... kiedyś zwolniłem z pracy. Ona wie, że to zwolnienie było słuszne. Nie ma mi tego za złe. Zastanawiam się jednak nad reakcją otoczenia, które nagle zobaczy, iż na imprezę przyszedłem w towarzystwie swojej byłej pracownicy. Sam wolałbym z Asią.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Amiga i leń

Dopiero dzisiaj odkryłem, że do mojego blogu mogę dodawać filmy i zdjęcia. W przyszłości skorzystam z tej opcji, ale jeszcze nie dzisiaj. To bardzo przydatna funkcjonalność. Przez tyle lat pracuję z zawodowymi fotografami, iż wiem, że moim zdjęciom daleko do doskonałości, ale lubię je robić. Więc od czasu do czasu będę się chwalił swoimi osiągnięciami. Lub chwalił cudze osiągnięcia w tej dziedzinie.

Przeczytałem dziś, że Amiga powraca. Amiga - komputer, a nie jakaś (czyjaś) przyjaciółka. Mam sentyment do tego komputera. Kiedyś rodzice uszczęśliwili mnie modelem Amiga 600. To był szał we wsi. Wszyscy koledzy mieli Commodore C-64. Moja Amiga miała tę przewagę nad tamtym modelem, że miała już napęd na dyskietki, a nie na kasety. I nie trzeba było regulować jakiejś dziwnej śrubki. Ech, iluż kolegów przewinęło się przez mój dom, by pograć na Amidze. Potem żałowałem, że nie miałem wyżej zaawansowanego modelu Amigi 1200. A prawdziwym szałem była Amiga CD TV. Pierwsza multimedialna Amiga. Czego ona nie miała!? No ale tej nigdy nie doczekałem. Potem pracowałem już tylko na PC.

Ogarnia mnie wszędobylski leń. Nie chce mi się pracować, nie chce mi się uczyć, nie chce mi się czytać. Może to pogoda, może kwestia przemęczenia. W ubiegłym roku (2009) postanowiłem sobie, że nie zmarnuję ani jednego dnia. I w istocie zmarnowałem jedynie 3 w ciągu 365. W tym roku dni minęło zaledwie nieco ponad 100, a ja mam poczucie, że zmarnowałem przynajmniej z 10. Masakra, jak mawia moja koleżanka. Jak tu się pozbierać?

23:07, refleksjaducha
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010
Zyski z pochówku na Wawelu

No i pochowaliśmy dzisiaj Pierwszą Parę. Prezydent Lech Kaczyński wraz z Małżonką Marią spoczęli na Wawelu. Decyzja ta wywoływała sporo protestów, zwłaszcza w gronie konserwatywnych krakusów oraz części polskich artystów. Ja nie miałem nic przeciwko. Pozwolę sobie nawet na sugestię, że dzięki temu krypty Wawelu stracą swój kostyczny charakter. Dziś są miejscem, które z czymkolwiek może kojarzyć się tylko Polakom, w najlepszym razie Słowianom. Piłsudski, Zygmunt III Waza, Królowa Jadwiga - dla obcokrajowców to nie jest żadna zachęta, by odwiedzić to miejsce.

W chwili, kiedy zaczyna tam spoczywać Para Prezydencka, która zginęła w strasznej katastrofie, o której słyszał cały świat, to miejsce stanie się obiektem licznych odwiedzin dzieci nie tylko z Polski (nomen omen znających coraz słabiej historię własnego kraju), jak i różnych ludzi z zagranicy. Ci, poznając historię Kaczyńskich poznają przy okazji historię kraju nad Wisłą.

To wielka korzyść, o której zapominamy.

piątek, 16 kwietnia 2010
Kotlet mielony czyli przegląd tygodnia

Moim zamierzeniem było aby pisać na tym blogu codziennie. Dla człowieka zabieganego nie jest to jednak proste zadanie. Trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie, czemu służy ten blog? Wewnętrznemu oczyszczeniu i próbie publicznej spowiedzi? Jakiemuś ukrytemu w głębi duszy ekshibicjonizmowi, a może chęci zanotowania tego co dziś wydaje mi się ważne, a za kilka miesięcy, jak to przeczytam będzie zwyczajną błahostką? Raczej temu drugiemu, ale do rzeczy.

Nie pisałem już kilka dni. Miałem doła! Jak zwykle przez kobiety, ale tym razem bardziej przez siebie, a właściwie swój długi (zbyt długi) język.  Napisała do mnie w poniedziałek N., ta sama o której pisałem jakiś czas temu w poście "Czy zamknie jej usta?" (okazało się, że nikt jej ich nie zamyka, a to tylko słowa piosenki).  Napisała zaskakującego sms. "Cześć. Masz ochotę na spotkanie jutro? Kończę pracę o 18.". A że N. nigdy nie umiem odmówić, tak i tym razem bez ociągania zgodziłem się.

Paradoksalne jest to, że Asia, o której pisałem wcześniej to własna kuzynka N. Ale w moje sidła wpadła nie z racji koneksji rodzinnych z N., a z faktu, że bardzo mi się spodobała, a że akuratnie byłem sam (to sami wiecie!).

Rozmowa z N. była przyjemna i w słowach i dotyku. Przy okazji odkryłem, że granicą dla nie jest bycie razem. Gdy pada taka hipoteza, ona zamyka się w sobie. I schluz. Aha, jeszcze ciekawostka.

"Wiesz dlaczego chciałam się z Tobą spotkać?" - zapytała mnie na początku rozmowy.

- Szczerze powiedziawszy to nie - odpowiadam.

- Bo widzisz, od kilku dni mi się śnisz! I musiałam to jakoś przerwać - odpowiedziała.

- A co robię w tym śnie? - zacząłem dopytywać

- Nie mogę Ci powiedzieć - usłyszałem w odpowiedzi.

A że byłem (wedle wcześniejszych jej opowieści bohaterem snów, które można oglądać dopiero po 18 roku życia) zadałem odważne pytanie:

- A gdzie to robiliśmy?

- U Ciebie w biurze! - usłyszałem po chwili namysłu.

Ale to tylko dygresja. Moim totalnym błędem było przyznanie, że poznałem jej kuzynkę. Powiedziałem jej też, że Asia wspominała ich wspólnego sylwestra, gdzie była z jakimś facetem. Ona powiedziała coś o chłopaku Asi i fakcie, że ona zamierza się do niego przenieść. Za granicę.

Odparłem - To nie jest dobry pomysł!

Potem się rozstaliśmy. Pocałowaliśmy się na do widzenia, jak to stare dobre małżeństwo, kochając się, mimo rozwodu.

Niestety następny dzień był trudny. SMS od Asi: "Masz u mnie przechlapane". I co tu zrobić? Zadzwoniłem. Okazało się, że N. jej powtórzyła wszystko, a mam wrażenie, że trochę dodała. Co prawda Asia nie zabraniała mi nic mówić, ale oczywiście na ten argument odpowiedziała mi słowami "Przecież nie trudno było się domyślić, że zależało mi na dyskrecji". No tak, pomyślałem, ma rację. Przepraszałem i błagałem o przebaczenie. Jednak bez skutku. Minęły już 3 dni. Wczoraj napisała mi, że największe wnerwienie jej minęło, ale i tak nie mam co liczyć na przebaczenie.

Myślałem by wysłać jej kwiaty pocztą kwiatową, ale jednak to nie jest dobry pomysł, uznałem po namyśle. Szukam sposobu na to by mi wybaczyła. Tak, jak dawniej nie będzie już chyba nigdy.

Ale może jednak to dobrze, że bardziej się nie zaangażowałem, albowiem w maju, gdy wyjedzie do swojego faceta i tam zostanie, strasznie bym cierpiał. A tak, zabolało, ale może mniej? A może to tylko ja tak się pocieszam?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Zapisek z codzienności

Jeszcze nie odnaleziono ciał wszystkich zabitych w katastrofie prezydenckiego samolotu, a już trwa jątrzenie. Dostaje propozycje tekstów, gdzie szuka się winnych. I dziwnym trafem u prawicowej ekstremy zawsze winna musi być Rosja. Dziennikarz jednej z rosyjskich rozgłośni radiowych wydał oświadczenie (już w sobotę), w którym przeprosił Polaków za to, że znowu na rosyjskiej ziemi spotkało Polaków nieszczęście. Przezorny chłop! Kojarzy mi się to z piosenką Magdy Umer, napisaną przez Ś.P. Andrzeja Woyciechowskiego, a brzmiało to tak: „Przepraszam za słońce, przepraszam za deszcz, przepraszam za wszystko, co tylko chcesz”. Niektórzy Rosjanie jak widać już przepraszają. By nie było podejrzeń, czarne skrzynki mają zostać otwarte przy udziale strony polskiej. By nie było podejrzenia o matactwo. Rosjanie pomagają, jak mogą. Otoczyli Polaków i rodziny ofiar szczególną opieką. W chwili, kiedy istnieje szansa na historyczne pojednanie dwóch słowiańskich narodów, istnieją ludzie, dla których niegodna jest śmierć Prezydenta, nieważna śmierć Jego Żony i wielu innych Polaków. Ich oczy i dusza przesłonięte są nienawiścią do Rosjan.

Miałem w sobotnie południe zaproszenie na dwie imprezy. Na galę w Żywcu oraz na wesele w Nowym Sączu. Wesele serdecznej koleżanki ze studiów. Bardzo chciałem na nim być. Chciałem wraz z nią cieszyć się jej szczęściem. Jednak wszystkie okoliczności temu wyjazdowi nie sprzyjały. Wpierw pójścia ze mną odmówiło mi kilka koleżanek, najróżniej to argumentując (jedna wyleciała nawet w piątek do USA), potem systematycznie zaczął psuć mi się samochód, potem miałem umówioną ważną transakcję. I kiedy było już postanowione, że nie pojadę, okazało się, że opatrzność czuwała nade mną. W dniu jej wesela wydarzyła się największa w dziejach naszego kraju katastrofa lotnicza. Musiałem zostać na miejscu, by móc koordynować pracę koleżanek i kolegów obsługujących to wydarzenie. Przyznam jednak, że wolałbym, aby tej tragedii nie obsługiwać.

Dawno nie widziana koleżanka, o której pisałem w poście „Czy zamknie jej usta”, napisała dzisiaj SMS: „Hej, masz ochotę jutro na spotkanie? Kończę pracę o 18.” Ciekaw jestem, czym jest spowodowana ta chęć spotkania. Spotkam się z nią oczywiście chętnie. Wierzę, że po raz kolejny nie okaże się moją femme fatale.

niedziela, 11 kwietnia 2010
Jak oni się kochali

Wczoraj nie miałem sił, a może ochoty by pisać, by komentować to co się wydarzyło. Informację o tym, co się stało, dostałem bardzo wcześnie. Nim zaczęły o tym mówić rozgłośnie radiowe. Zadzwonił znajomy, który ma dostęp do różnych tego rodzaju informacji i oznajmił, że nie żyje Prezydent. Nie potrafiłem i pewnie nie chciałem w to wierzyć. Zacząłem dopytywać, czy ktoś go nie wkręca. Powiedział mi tylko tyle, włącz sobie serwisy informacyjne. Włączyłem. Z anteny wielu radiowych rozgłośni płynęły dźwięki rockowych przebojów. Oni jeszcze nie wiedzieli. Po pewnym czasie komunikat o tragedii polskiego samolotu pojawił się na antenie Polskiego Radia. Wtedy wiedziałem, że to nie był ponury żart znajomego.

Prezydent Kaczyński nigdy nie był prezydentem z mojej bajki. Nie życzyłem mu wygranej w kolejnych wyborach. Cieszyłem się, że kończy się jego kadencja. Jednak w chwili, kiedy dowiedziałem się o Jego śmierci i śmierci Jego Małżonki, łzy stanęły mi w oczach. W końcu, jakby nie spojrzeć to On był Ojcem Narodu, Prezydentem mojego Kraju, który kocham. Widzę w tym kraju wiele wad, ale nie ma miłości idealnych.

Z podziwem oglądam archiwalne już zdjęcia prezydenckiej pary. Mój Boże, jak oni pięknie się kochali. Z jaką miłością On patrzył w Jej oczy. Ona dla niego zawsze była oparciem i pochodnią, z którą mógł iść przez swe życie. On zaś był gwarantem jej miłości. Gdyby wszystkie miłości były takie, jak ta – świat z pewnością byłby piękniejszy.

Jednego można żałować, że stacje telewizyjne tę miłość pokazują z takim pietyzmem dopiero po śmierci prezydenckiej pary. Być może chodziło o to, by nie ocieplać ich wizerunku. Niestety, zbyt często zaczynamy kochać ludzi, dopiero w chwili, kiedy odchodzą.

piątek, 09 kwietnia 2010
Tempus fugit

Kiedyś kolega, który podobnie, jak ja był matematycznym dnem, na pytanie nauczycielki matematyki: „to co będziesz robił w życiu?”, odpowiedział ze stoickim spokojem: „Jak to co? Będę grał!”. Dziś jest muzykiem sesyjnym w Nowym Jorku. A matematyka służy mu jedynie do liczenia dolarów. Narzucanie komuś na siłę, że ma się czegoś uczyć, pojmować jakąś wiedzę na nic mu nie przydatną jest zupełnie bez sensu. Do dziś pamiętam z zajęć matematyki coś co nazywało się „trójmianem kwadratowym w postaci kanonicznej”. Kompletnie nie wiem o co chodzi, ale że miało nazwę kojarzącą się z kodeksem kanonicznym zapamiętałem. Czysta abstrakcja. Dziś kiedy maturzystom każe się zdawać obowiązkowo matematykę, uważam to za kompletną bzdurę. Pewnie dziś byłbym człowiekiem bez matury, bo jak podkreśliłem na początku jestem matematycznym dnem.

 

Umiem liczyć czas. Uważam bowiem, że w matematyce najważniejsze rzeczy do nauczenia to dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie. Z tymi zadaniami radzę sobie bez problemu. I licząc ten cholerny czas, widzę jak skurczybyk szybko ucieka. Jeszcze przed rokiem siedziałem na imprezie z jedną koleżanką, która dziś jest w objęciach innego. Znajoma, z którą wtedy biesiadowałem, od kilkunastu tygodni walczy z jakąś ciężką chorobą, przez którą ma trudności nawet z mówieniem. Ja jestem w zupełnie innym miejscu swojej kariery zawodowej niż wtedy byłem. Na szczęście ciut bardziej w przedzie. Koledze, który wtedy robił zdjęcia, po drodze urodziła się córka.  I w życiu każdego z nas wydarzyło się tak wiele, że nie sposób to opisać. Fakt dzieje się dużo i jest ciekawie, ale z drugiej strony, jak dziś pamiętam te chwile sprzed roku. Umknęło jak błysk flesza.

 

Ten wpis miał mieć nieco inny charakter, ale jestem już dzisiaj bardzo zmęczony. Byłem na posiedzeniu kapituły, załatwiłem sporo spraw. Jutro może pojadę na wesele do Nowego Sącza, a może pójdę na galę. Jestem w ferworze walki.

 

 

 

23:02, refleksjaducha
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2